piątek, 3 stycznia 2014

Paranormal cz.4

Powoli otworzyłam oczy. Był już ranek. Ciepłe słoneczne światło wpadało przez okno. Podniosłam się i oparłam o drewnianą poręcz łóżka.  Siedziałam tak kilka sekund aż doszło do mnie, że nie jestem w swoim pokoju.  To pokój Basha. Przetarłam kilka razy oczy. To musi być sen.  Zaczęłam się wpatrywać w to co mam na sobie. Nie była to już kobaltowa sukienka, lecz błękitną koszula Basha.
-Brawo Kalina.-wyszeptałam chowając twarz w dłoniach. Starałam sobie przypomnieć  co dokładnie działo się wczorajszej nocy. Ostatnie co pamiętałam to tańczyłam.  Żeby chociaż Bash coś pamiętał. A na razie musiałam się przebrać. Wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi.  Zdziwiona za nimi nie ujrzałam korytarza, lecz łazienkę.  Nie byłam tutaj dawno, miałam prawo nie pamiętać.  Zostały jeszcze jedne. Delikatnie przekręciłam klamkę i wyjrzałam za nie. Odetchnęła z ulgą, gdy za nimi zobaczyłam zielone kolory. Starałam się iść jak najciszej. Przyśpieszyłam kroku mijając drzwi wejściowe.
-Dzień Dobry Śpiochu.-zatrzymałam się i odwróciłam. Bash rześki i uśmiechnięty przygotowywał śniadanie. Przerażało mnie, że był tak bardzo uśmiechnięty.  Przygotowywał omlet w toście. Pachniało tak pięknie.  Zdawało mi się, że od wieków nie czułam podobnie cudownego zapachu.
-Ślicznie wyglądasz z rana.-powiedział.  Zapewne miałam rozmazany makijaż i nieuczesane włosy. Wyglądałam tak jak każda kobieta po ciężkiej imprezie.
Rozejrzałam się szybko po mieszkaniu. Wyglądało jak po wybuchy bomby atomowej. Wszędzie leżały plastikowe kubeczki, ciastka, niedopałki papierosów.  Ogromny  bałagan delikatnie ujmując.
-Bash?-wydukałam  - Powiedź mi proszę, co się wczoraj działo.  Mam małe ubytki w pamięci.- powiedziałam siadając  przy blacie kuchennym. On podsunął mi talerz z pysznościami.  On sam postanowił mi się przyglądać.
-Zjedz.  Mam nadzieję, że będzie smakowało. Ja będę opowiadał. – oznajmił. Uśmiechnął się patrząc  jak smakuję.  Tost był nieziemsko dobry.  Nigdy nie jadłam  czegoś tak dobrego. Za owoce postanowiłam zabrać się za chwilkę.  Był  widocznie szczęśliwy, że mi smakuje. Przerażało mnie to, bo nadal nie pamiętałam wczorajszego dnia.
-Wczoraj wypiłaś bardzo, bardzo dużo. Jestem w szoku, że dałaś radę ustać na nogach.-zaśmiał się – niedługo potem, było coś około 3, ludzie się rozeszli, bo Tabaluga przylazła. -Był to moherowy beret z piętra niżej. Zawsze o wszystko się czepiała. Pewnie przeszkadzała jej muzyka. –Zostaliśmy  szóstkę.  Kentin,  Alexy, Jade, Nath, ty i ja. Rozłożyliśmy stół do pokera i graliśmy do 5. Powiem Ci, że bardzo dobrze Ci szło.  Potem któryś z chłopaków mocno Cię wpienił  i…. wciągnęli Cię w rozbieranego.-na te słowa  ponownie schowałam twarz w dłoniach.
Ale spokojnie, spokojnie. – próbował się pocieszyć. Podniosłam się i oczekiwałam na kolejny ciąg zdarzeń – Popełniłaś tylko jeden błąd, a byłaś w sukience, to przegrałaś.  Dalej nie było sensu grać, za bardzo gejowska gra wyszłaby. – A jednak udało mu się mnie pocieszyć, bo śmiałam się.
A jak to wyszło, że jestem w  twojej koszuli i spałam w twoim łóżku ?-zapytałam gdy opanował się.
-No tu już jest gorzej.-powiedział
-O Jezu…-tego się bałam.  Skrzywiłam się i zamknęłam oczy czekając  na ciąg dalszy. Usłyszałam tylko śmiech. Szatański śmiech.  Bash śmiał się jak szalony. Wkręcał mnie.
-A miałem Ci pozwolić paradować przed moimi znajomymi w bieliźnie?  A spałaś ze mną, bo u siebie znalazłaś pająka.  Krzykiem obudziłaś chyba pół dzielnicy.
-Jak możesz? –zawołałam oskarżycielsko rzucając w niego marchewką. W sekundę się opanował.
-Marchewką ? We mnie ? Zaraz zobaczysz, co to jest wojna. –powiedział niewiarygodnie niskim głosem. W chwilkę minął blat. Ja szybko ruszyłam do ucieczki. Złapał mnie przy fotelu.  No i wykorzystał moją słabość. Łaskotki.
-Nie!-krzyczałam .Nawet przez chwilę żadne z nas nie przestawało się śmiać. Starałam się uciekać, ale to nie przynosiło dużych efektów. Był za silny. Chwycił mnie w tali i podniósł.
-Uważaj. Tu gdzieś była potłuczona butelka. Jesteś na boso.-powiedział stawiając mnie na sofie. Chwyciłam fioletową poduszkę do obrony przed nim. Tak łatwo nie odpuściłby. I miałam rację.  
-„Łaskotki są jak gwałt tylko musisz się śmiać.”-zacytowałam broniąc się poduszką na prawo i lewo. On chwycił drugą. Widać nasza wojna przerodziła się w bitwę na poduszki. Z mojej ulatywało już pierze.  Zamierzyłam się do największego zamachu tej wojny. Widać było, że Bash też. Gdy nasze poduszki się zderzyły pękły. W powietrze rozbiły się setki piór. Były w różnych kolorach.
-Skąd pióra?-zawołał Bash łapiąc kilka . Byli cali w piórach, a one wciąż opadały na podłogę. Roześmialiśmy się oboje.
Bash, wlepił wzrok w coś za mną. Przestał się uśmiechać. Odwróciłam się.
-Cholera.-wyszeptałam. To był Marko. Wyglądał na rozwścieczonego.
-Co tu się kurwa stało ?!-wrzasnął. A jednak był wściekły.
-To moja wina. Jej to nie dotyczy. – zaczął Bash podchodząc do niego. Słysząc to szybko podeszłam do nich. Wiedziałam, że jeżeli Marko uzna za winnego Basha, to  nie będzie chciał go widzieć.
-Nie musisz się za mnie podkładać. To ja zorganizowałam imprezę. –powiedziałam szybko, żeby nie mógł mi przerwać.  Marko o ile to możliwe był w jeszcze gorszym stanie.
-Do cholery Kalina.-zawołał Bash. Popatrzyłam na niego.
-Nie możesz brać odpowiedzialności za to co zrobiłam.
-Po nim bym się jeszcze tego spodziewał, ale po tobie ? –wykrzyknął z wyrzutem Marko- Czy ty jesteś nieodpowiedzialna? Masz coś do wypełnienia! Trzymaj się planu  do cholery.
-Ja nieodpowiedzialna? To ty trzymasz mnie w klatce. Pozwól mi żyć! –zawołałam, gdy miał zamiar odejść. Bash odsunął się na bok. Domyślał, się czemu podstawiłam się za niego.
-Ja cię chronię ! Żyjesz. Czy tu kurwa piłaś? – powiedział, gdy zobaczył kubek po piwie z napisem „Diana-Kalina”
-Chronisz? Przez życiem. Nie. Ja tylko nie umieram. Tak piłam. Dla twojej wiadomości ;Nic z tym nie zrobisz…-urwałam .  Do Marka chyba powoli docierało.
-Myślisz, że nie znam przepowiedni?-zapytałam drążącym głosem- Wszyscy wokół jesteście dla mnie mili. Wszystko mi wybaczacie. Dlaczego ? Bo zginę.-po policzku spłynęła mi łza-„Niż wróg obróci się w pył, ty na wieki będziesz gnił.’’–zacytowałam fragment- Nim skończę 18 lat umrę. Pięknie co ? Na co mam czekać na pełnoletność, która nigdy nie nadejdzie.
Marko  stał bez ruchu wpatrując się w podłogę. Zerknęłam na Basha, tak jak się spodziewałam wiedział, że wiem.
-Nikt nie sądził, że wiem. Poza Bashem. –wydukałam. Marko spojrzał pustym wzrokiem na przyjaciela.
-Przepraszam. Ja tylko chcę być szczęśliwa. Tak długo jak jest to mi dane. – Poklepałam Marko po ramieniu i minęłam do kierując  się do swojego pokoju. Zatrzymałam się przy Bashu.
-Gdzie jest ten pająk?-wyszeptałam. Uśmiechnął się.
-Już go nie ma jeszcze wczoraj go zabrałem. –odpowiedział.
-Dlaczego jesteś w męskiej koszuli ? –zapytał Marko za moimi plecami. Tak bardzo mi chciałam mu tego tłumaczyć. Na szczęście Bash  wyręczył mnie.
-Chodź ja Ci to wytłumaczę. –zabrał go do kuchni.  W moim pokoju panował nieskazitelny porządek. Miałam wrażenie, że było czyściej niż wcześniej.  Zebrałam potrzebne mi kosmetyki, ubrania, biżuterię.  Wszystko czego potrzebowałam, do ogarnięcia swojego wyglądu. Weszłam do łazienki . Mimowolnie zaczęłam krzyczeć. Upuściłam wszystko co trzymałam. Ręce mi się trzęsły. Widok lustra był przerażający.  Był na nim napis. „Zaufanie-Śmierć” . Był on napisany krwią. Cała umywalka, była w niej.  Do łazienki wpadł Bash z Markiem.
-Fuck.-skomentował Marko. Podszedł do lustra i zaczął to badać. Bash podszedł do mnie i odwrócił mnie od tego widoku. Zamknęłam oczy, żeby wymazać to z pamięci. Szybko pozbierał moje rzeczy i wyprowadził  mnie z łazienki.
-Spokojnie. –jego głos był tak bardzo kojący – Zabiorę Cię do mojej łazienki. Tam będzie lepiej. Obiecuję. – Miał rację. W jego łazience panował beż i czerwień. Była czysta i przestrzenna. Zostawił mnie samą.  Doszłam do siebie dopiero pod gorącym prysznicem.  Gdy już byłam gotowa i w końcu wyglądałam jak człowiek. Byłam gotowa wyjść. Spędziłam tam jakieś 2 godziny. W większości siedząc w przyjemnie gorącej wodzie przemyślając co się stało. Zastałam ich w kuchni. Szeptali coś. Gdy weszłam, przestali. Oboje wstali. Marko szturchnął Basha.
-Będziemy musieli jechać do Loży. Jak się czujesz? –zapytał . Szczerze się uśmiechnęłam.
-Dobrze. To i tak były moje najlepsze 48 godzin życia. – oznajmiłam.

Zabrałam torebkę,  ubrałam czerwone trampki, które pasowały do czarnych przylegających spodni i czerwonego luźnego t-shirtu.  Przed domem czekała czarna limuzyna, która zabrała nas do Loży.


Komentujcie, co o tym sądzicie ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz