Powoli otworzyłam oczy. Był już ranek. Ciepłe słoneczne
światło wpadało przez okno. Podniosłam się i oparłam o drewnianą poręcz
łóżka. Siedziałam tak kilka sekund aż
doszło do mnie, że nie jestem w swoim pokoju.
To pokój Basha. Przetarłam kilka razy oczy. To musi być sen. Zaczęłam się wpatrywać w to co mam na sobie.
Nie była to już kobaltowa sukienka, lecz błękitną koszula Basha.
-Brawo Kalina.-wyszeptałam chowając twarz w dłoniach.
Starałam sobie przypomnieć co dokładnie
działo się wczorajszej nocy. Ostatnie co pamiętałam to tańczyłam. Żeby chociaż Bash coś pamiętał. A na razie
musiałam się przebrać. Wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi. Zdziwiona za nimi nie ujrzałam korytarza,
lecz łazienkę. Nie byłam tutaj dawno,
miałam prawo nie pamiętać. Zostały
jeszcze jedne. Delikatnie przekręciłam klamkę i wyjrzałam za nie. Odetchnęła z
ulgą, gdy za nimi zobaczyłam zielone kolory. Starałam się iść jak najciszej.
Przyśpieszyłam kroku mijając drzwi wejściowe.
-Dzień Dobry Śpiochu.-zatrzymałam się i odwróciłam. Bash
rześki i uśmiechnięty przygotowywał śniadanie. Przerażało mnie, że był tak
bardzo uśmiechnięty. Przygotowywał omlet
w toście. Pachniało tak pięknie. Zdawało
mi się, że od wieków nie czułam podobnie cudownego zapachu.
-Ślicznie wyglądasz z rana.-powiedział. Zapewne miałam rozmazany makijaż i
nieuczesane włosy. Wyglądałam tak jak każda kobieta po ciężkiej imprezie.
Rozejrzałam się szybko po mieszkaniu. Wyglądało jak po
wybuchy bomby atomowej. Wszędzie leżały plastikowe kubeczki, ciastka,
niedopałki papierosów. Ogromny bałagan delikatnie ujmując.
-Bash?-wydukałam -
Powiedź mi proszę, co się wczoraj działo.
Mam małe ubytki w pamięci.- powiedziałam siadając przy blacie kuchennym. On podsunął mi talerz
z pysznościami. On sam postanowił mi się
przyglądać.
-Zjedz. Mam nadzieję,
że będzie smakowało. Ja będę opowiadał. – oznajmił. Uśmiechnął się patrząc jak smakuję.
Tost był nieziemsko dobry. Nigdy
nie jadłam czegoś tak dobrego. Za owoce
postanowiłam zabrać się za chwilkę.
Był widocznie szczęśliwy, że mi
smakuje. Przerażało mnie to, bo nadal nie pamiętałam wczorajszego dnia.
-Wczoraj wypiłaś bardzo, bardzo dużo. Jestem w szoku, że
dałaś radę ustać na nogach.-zaśmiał się – niedługo potem, było coś około 3,
ludzie się rozeszli, bo Tabaluga przylazła. -Był to moherowy beret z piętra
niżej. Zawsze o wszystko się czepiała. Pewnie przeszkadzała jej muzyka.
–Zostaliśmy szóstkę. Kentin, Alexy, Jade, Nath, ty i ja. Rozłożyliśmy stół
do pokera i graliśmy do 5. Powiem Ci, że bardzo dobrze Ci szło. Potem któryś z chłopaków mocno Cię
wpienił i…. wciągnęli Cię w
rozbieranego.-na te słowa ponownie
schowałam twarz w dłoniach.
Ale spokojnie, spokojnie. – próbował się pocieszyć.
Podniosłam się i oczekiwałam na kolejny ciąg zdarzeń – Popełniłaś tylko jeden
błąd, a byłaś w sukience, to przegrałaś.
Dalej nie było sensu grać, za bardzo gejowska gra wyszłaby. – A jednak
udało mu się mnie pocieszyć, bo śmiałam się.
A jak to wyszło, że jestem w
twojej koszuli i spałam w twoim łóżku ?-zapytałam gdy opanował się.
-No tu już jest gorzej.-powiedział
-O Jezu…-tego się bałam.
Skrzywiłam się i zamknęłam oczy czekając
na ciąg dalszy. Usłyszałam tylko śmiech. Szatański śmiech. Bash śmiał się jak szalony. Wkręcał mnie.
-A miałem Ci pozwolić paradować przed moimi znajomymi w
bieliźnie? A spałaś ze mną, bo u siebie
znalazłaś pająka. Krzykiem obudziłaś
chyba pół dzielnicy.
-Jak możesz? –zawołałam oskarżycielsko rzucając w niego
marchewką. W sekundę się opanował.
-Marchewką ? We mnie ? Zaraz zobaczysz, co to jest wojna.
–powiedział niewiarygodnie niskim głosem. W chwilkę minął blat. Ja szybko
ruszyłam do ucieczki. Złapał mnie przy fotelu.
No i wykorzystał moją słabość. Łaskotki.
-Nie!-krzyczałam .Nawet przez chwilę żadne z nas nie
przestawało się śmiać. Starałam się uciekać, ale to nie przynosiło dużych
efektów. Był za silny. Chwycił mnie w tali i podniósł.
-Uważaj. Tu gdzieś była potłuczona butelka. Jesteś na
boso.-powiedział stawiając mnie na sofie. Chwyciłam fioletową poduszkę do
obrony przed nim. Tak łatwo nie odpuściłby. I miałam rację.
-„Łaskotki są jak gwałt tylko musisz się śmiać.”-zacytowałam
broniąc się poduszką na prawo i lewo. On chwycił drugą. Widać nasza wojna
przerodziła się w bitwę na poduszki. Z mojej ulatywało już pierze. Zamierzyłam się do największego zamachu tej
wojny. Widać było, że Bash też. Gdy nasze poduszki się zderzyły pękły. W
powietrze rozbiły się setki piór. Były w różnych kolorach.
-Skąd pióra?-zawołał Bash łapiąc kilka . Byli cali w
piórach, a one wciąż opadały na podłogę. Roześmialiśmy się oboje.
Bash, wlepił wzrok w coś za mną. Przestał się uśmiechać.
Odwróciłam się.
-Cholera.-wyszeptałam. To był Marko. Wyglądał na
rozwścieczonego.
-Co tu się kurwa stało ?!-wrzasnął. A jednak był wściekły.
-To moja wina. Jej to nie dotyczy. – zaczął Bash podchodząc
do niego. Słysząc to szybko podeszłam do nich. Wiedziałam, że jeżeli Marko uzna
za winnego Basha, to nie będzie chciał
go widzieć.
-Nie musisz się za mnie podkładać. To ja zorganizowałam
imprezę. –powiedziałam szybko, żeby nie mógł mi przerwać. Marko o ile to możliwe był w jeszcze gorszym
stanie.
-Do cholery Kalina.-zawołał Bash. Popatrzyłam na niego.
-Nie możesz brać odpowiedzialności za to co zrobiłam.
-Po nim bym się jeszcze tego spodziewał, ale po tobie ? –wykrzyknął
z wyrzutem Marko- Czy ty jesteś nieodpowiedzialna? Masz coś do wypełnienia!
Trzymaj się planu do cholery.
-Ja nieodpowiedzialna? To ty trzymasz mnie w klatce. Pozwól
mi żyć! –zawołałam, gdy miał zamiar odejść. Bash odsunął się na bok. Domyślał,
się czemu podstawiłam się za niego.
-Ja cię chronię ! Żyjesz. Czy tu kurwa piłaś? – powiedział,
gdy zobaczył kubek po piwie z napisem „Diana-Kalina”
-Chronisz? Przez życiem. Nie. Ja tylko nie umieram. Tak
piłam. Dla twojej wiadomości ;Nic z tym nie zrobisz…-urwałam . Do Marka chyba powoli docierało.
-Myślisz, że nie znam przepowiedni?-zapytałam drążącym
głosem- Wszyscy wokół jesteście dla mnie mili. Wszystko mi wybaczacie. Dlaczego
? Bo zginę.-po policzku spłynęła mi łza-„Niż wróg obróci się w pył, ty na wieki
będziesz gnił.’’–zacytowałam fragment- Nim skończę 18 lat umrę. Pięknie co ? Na
co mam czekać na pełnoletność, która nigdy nie nadejdzie.
Marko stał bez ruchu
wpatrując się w podłogę. Zerknęłam na Basha, tak jak się spodziewałam wiedział,
że wiem.
-Nikt nie sądził, że wiem. Poza Bashem. –wydukałam. Marko
spojrzał pustym wzrokiem na przyjaciela.
-Przepraszam. Ja tylko chcę być szczęśliwa. Tak długo jak
jest to mi dane. – Poklepałam Marko po ramieniu i minęłam do kierując się do swojego pokoju. Zatrzymałam się przy
Bashu.
-Gdzie jest ten pająk?-wyszeptałam. Uśmiechnął się.
-Już go nie ma jeszcze wczoraj go zabrałem. –odpowiedział.
-Dlaczego jesteś w męskiej koszuli ? –zapytał Marko za moimi
plecami. Tak bardzo mi chciałam mu tego tłumaczyć. Na szczęście Bash wyręczył mnie.
-Chodź ja Ci to wytłumaczę. –zabrał go do kuchni. W moim pokoju panował nieskazitelny porządek.
Miałam wrażenie, że było czyściej niż wcześniej. Zebrałam potrzebne mi kosmetyki, ubrania,
biżuterię. Wszystko czego potrzebowałam,
do ogarnięcia swojego wyglądu. Weszłam do łazienki . Mimowolnie zaczęłam
krzyczeć. Upuściłam wszystko co trzymałam. Ręce mi się trzęsły. Widok lustra
był przerażający. Był na nim napis. „Zaufanie-Śmierć”
. Był on napisany krwią. Cała umywalka, była w niej. Do łazienki wpadł Bash z Markiem.
-Fuck.-skomentował Marko. Podszedł do lustra i zaczął to
badać. Bash podszedł do mnie i odwrócił mnie od tego widoku. Zamknęłam oczy,
żeby wymazać to z pamięci. Szybko pozbierał moje rzeczy i wyprowadził mnie z łazienki.
-Spokojnie. –jego głos był tak bardzo kojący – Zabiorę Cię
do mojej łazienki. Tam będzie lepiej. Obiecuję. – Miał rację. W jego łazience
panował beż i czerwień. Była czysta i przestrzenna. Zostawił mnie samą. Doszłam do siebie dopiero pod gorącym
prysznicem. Gdy już byłam gotowa i w
końcu wyglądałam jak człowiek. Byłam gotowa wyjść. Spędziłam tam jakieś 2
godziny. W większości siedząc w przyjemnie gorącej wodzie przemyślając co się
stało. Zastałam ich w kuchni. Szeptali coś. Gdy weszłam, przestali. Oboje
wstali. Marko szturchnął Basha.
-Będziemy musieli jechać do Loży. Jak się czujesz? –zapytał
. Szczerze się uśmiechnęłam.
-Dobrze. To i tak były moje najlepsze 48 godzin życia. –
oznajmiłam.
Zabrałam torebkę,
ubrałam czerwone trampki, które pasowały do czarnych przylegających
spodni i czerwonego luźnego t-shirtu. Przed domem czekała czarna limuzyna, która
zabrała nas do Loży.
Komentujcie, co o tym sądzicie ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz