sobota, 25 stycznia 2014

Paranormal cz. 5 i ostatnia

Jechaliśmy dosyć długo. Przez czarne szyby nic nie widziała. Mówili, że to dla mojego bezpieczeństwa nie mg wiedzieć, gdzie znajduje się Loża. Gdy wysiadłam ujrzałam gigantyczny budynek z czerwonej cegły.  Miał małe okna zakończone łukami.  Wielkie drzwi wejściowe. A nawet wieżę.  Przypominał zamek, mimo, że był bardzo unowocześniony.   Przy drzwiach był umieszczony domofon.  A przynajmniej tak powinnam myśleć. Nie było hasła na wejście, to czytnik linii papilarnych. Wszystko co wiedziałam  było ukrywane przede mną.
Korytarze były wielkie.  Co kawałek na ścianach wisiały portrety.  W głębi wiedziałam, że  znam te osoby.  Doskonale znałam tę drogę. Wiele razy jako dziecko chodziłam nimi. Wtedy to była tylko zabawa. Nie przypuszczałam co może się zdarzyć. 
Idąc oglądałam portrety. Zatrzymałam się widząc nowy.  Zamurowało mnie. Byłam na nim ja. Ja w sukni z XV wieku. Zaśmiałam się. Mieli bardzo dobrego malarza. Tylko czemu powieszono ten obraz tutaj ?  Szybko dogoniłam chłopaków. W końcu weszliśmy do Sali Tronowej.
Weszłam na podium i usiadłam na tronie króla. Odetchnęłam  po  męczącym marszu korytarzami.  Tron był od lat nieużywany.  Gierg nie lubił na nim siedzieć.  Uważa, że to tylko jego praca,  a nie styl życia.  Chłopacy nadal stali. Oni nie mogli usiąść , dopóki nie pojawi się Gierg.  Chyba trochę się go bali. Zerknęłam na zegarek na ręce. Zazwyczaj  czekaliśmy 2-3 minuty. Teraz już około 10. Zaczęłam się niepokoić.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem.  Spodziewałam się Gierg. To nie był on. To Traven. Natychmiast wstałam. Bash i Francis rzucili się w moją stronę, by mnie osłonić.  Traven wszedł spokojnym krokiem z uśmiechem na  ustach .  Był  wyraźnie zadowolony. W końcu dostał mnie.  Był to wysoki szatyn. Jego oczy były czerwone.  Gdyby nie oczy wyglądał na całkiem normalnego człowieka. Spodziewałam się zmutowanego potwora.
-Witaj Diano. Jestem wielce uradowany twoim przybyciem. Nareszcie mogę Cię poznać . Tylko szkoda, że twoi koledzy, tak bardzo zasłaniają mi  widok twojej pięknej twarzy. – jego głos był taki niski i hipnotyzujący.  Skinął ręką, a Bash i Marko nagle jakąś magiczną siłą zostali odsunięci ode mnie.  Przywarli do ściany, ich wargi ruszały się lecz nie wydobywali z siebie żadnego dźwięku.
Zrobiłam kilka kroków w tył. Zostałam sama, a on zbliżał się do mnie.
- Nie chcę żeby nam przeszkadzali.  – uśmiechnął się szyderczo.   Rozejrzałam się szukając  czyjejś  pomocy.  Nie znalazłam nikogo takiego.
- Czego ode mnie chcesz ? Gdzie  jest Traven ?- zapytałam
- Niczego szczególnego. Tylko twojej duszy. On nie chciał się zgodzić na ten plan więc musiał odejść.  – odpowiedział . Wskazał ręką na coś za mną. Odwróciłam się i ujrzałam  go.  A raczej jego część.  Na ziemi leżało jego ciało, a obok niego jego głowa. Jak mogłam tego nie zauważyć.  Zakrzyknęłam z bólu. Zatamowałam krzyk rękoma.  To niemożliwe.  Traven. Po policzkach popłynęły  mi strumienie łez.  To moja wina jak mogłam to tego dopuścić.  Odwróciłam się.  Ręce trzęsły mi się.  Straciłam kolejną osobę.  Skupiłam się na tym, aby uniemożliwić mu trzymanie Basha i Marko. Węzły natychmiast puściły.  Stałam się silniejsza. Silniejsza przez ból.
Chłopacy rzucili się na Travena z mieczami. Ten niewzruszony podniósł rękę i skierował na Francisa.  Miał zamiar go zabić.
- Ze mną się nie zadziera. – powiedział srogo, uniemożliwiając  mi i Bashowi poruszenie się.
Podniósł rękę sprawiając, że Marko uniósł się bezwładnie w powietrze. Zaczęłam krzyczeć. Błagać. Na marne. Już nie byłam w stanie opanować łez.  Traven uśmiechnął się i przekręcił rękę ku dołowi. Francis spadł na ziemię.  Zabił go. Skierowałam całą swą moc w kierunku Teavena. Przewrócił się, dzięki temu mogłam się ruszyć. Podbiegłam do niego i wyrzuciłam na niego swój cały ból i gniew.  Pod naporem takiej energii eksplodował. Zniknął. Bash uwolnił się . Podbiegłam do nieruchomego Marko. Położyłam na nim dłonie.  Płakałam mamrotając  coś po łacinie.  Zaklęcia przywracające życie. Coś musi zadziałać. Straciłam moc. Opadłam na niego bezsilnie. Wtuliłam się z zimne ciało. Bash ukląkł przy nim z drugiej strony. Nie mogłam stracić Marka. Nie teraz gdy już po wszystkim.
-Nie możesz nic zrobić. –powiedział Bash. Podniosłam się na te słowa. Jest jeszcze coś co mogę zrobić. 
-Kurwa nie możesz tego zrobić ! Diana ! –zakrzyknął  odczytując moje plany. Jako, iż miałam moc, mogę mieć jedno zaklęcie po stracie magii. Mogę przekazać moje życie komuś innemu.  Odsunęłam Basha. Krzyczał protestując.  Wszystko co się stało to moja wina. Muszę za to zapłacić.
-Przepraszam. –powiedziałam spoglądając na niego. Ułożyłam ręce na klatce piersiowej Marka wyrecytowałam słowa przepowiedni . Teraz rozumiałam ją doskonale. Wszystko się wyjaśniło.  Ból który odczuwałam był niczym w porównaniu do tego co czułam w sercu. Tak będzie lepiej. Czułam przyjemne ciepło, które przepływało  przez moje ręce wprost do serca Francisa. Powoli otworzył oczy. Udało się. Uśmiechnęłam się widząc go takiego . Ja opadłam z sił obok.

-Do zobaczenia- wyszeptałam  resztkami sił.  Zdążyłam zobaczyć jak Marko i Bash stoją nade mną. Marko wydarł się na Basha dlaczego pozwolił mi to zrobić. Zamknęłam powieki. Mogłam być spokojna. Teraz wszystko będzie dobrze. Nie było już żadnego bólu, żadnych zmartwień.

piątek, 3 stycznia 2014

Paranormal cz.4

Powoli otworzyłam oczy. Był już ranek. Ciepłe słoneczne światło wpadało przez okno. Podniosłam się i oparłam o drewnianą poręcz łóżka.  Siedziałam tak kilka sekund aż doszło do mnie, że nie jestem w swoim pokoju.  To pokój Basha. Przetarłam kilka razy oczy. To musi być sen.  Zaczęłam się wpatrywać w to co mam na sobie. Nie była to już kobaltowa sukienka, lecz błękitną koszula Basha.
-Brawo Kalina.-wyszeptałam chowając twarz w dłoniach. Starałam sobie przypomnieć  co dokładnie działo się wczorajszej nocy. Ostatnie co pamiętałam to tańczyłam.  Żeby chociaż Bash coś pamiętał. A na razie musiałam się przebrać. Wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi.  Zdziwiona za nimi nie ujrzałam korytarza, lecz łazienkę.  Nie byłam tutaj dawno, miałam prawo nie pamiętać.  Zostały jeszcze jedne. Delikatnie przekręciłam klamkę i wyjrzałam za nie. Odetchnęła z ulgą, gdy za nimi zobaczyłam zielone kolory. Starałam się iść jak najciszej. Przyśpieszyłam kroku mijając drzwi wejściowe.
-Dzień Dobry Śpiochu.-zatrzymałam się i odwróciłam. Bash rześki i uśmiechnięty przygotowywał śniadanie. Przerażało mnie, że był tak bardzo uśmiechnięty.  Przygotowywał omlet w toście. Pachniało tak pięknie.  Zdawało mi się, że od wieków nie czułam podobnie cudownego zapachu.
-Ślicznie wyglądasz z rana.-powiedział.  Zapewne miałam rozmazany makijaż i nieuczesane włosy. Wyglądałam tak jak każda kobieta po ciężkiej imprezie.
Rozejrzałam się szybko po mieszkaniu. Wyglądało jak po wybuchy bomby atomowej. Wszędzie leżały plastikowe kubeczki, ciastka, niedopałki papierosów.  Ogromny  bałagan delikatnie ujmując.
-Bash?-wydukałam  - Powiedź mi proszę, co się wczoraj działo.  Mam małe ubytki w pamięci.- powiedziałam siadając  przy blacie kuchennym. On podsunął mi talerz z pysznościami.  On sam postanowił mi się przyglądać.
-Zjedz.  Mam nadzieję, że będzie smakowało. Ja będę opowiadał. – oznajmił. Uśmiechnął się patrząc  jak smakuję.  Tost był nieziemsko dobry.  Nigdy nie jadłam  czegoś tak dobrego. Za owoce postanowiłam zabrać się za chwilkę.  Był  widocznie szczęśliwy, że mi smakuje. Przerażało mnie to, bo nadal nie pamiętałam wczorajszego dnia.
-Wczoraj wypiłaś bardzo, bardzo dużo. Jestem w szoku, że dałaś radę ustać na nogach.-zaśmiał się – niedługo potem, było coś około 3, ludzie się rozeszli, bo Tabaluga przylazła. -Był to moherowy beret z piętra niżej. Zawsze o wszystko się czepiała. Pewnie przeszkadzała jej muzyka. –Zostaliśmy  szóstkę.  Kentin,  Alexy, Jade, Nath, ty i ja. Rozłożyliśmy stół do pokera i graliśmy do 5. Powiem Ci, że bardzo dobrze Ci szło.  Potem któryś z chłopaków mocno Cię wpienił  i…. wciągnęli Cię w rozbieranego.-na te słowa  ponownie schowałam twarz w dłoniach.
Ale spokojnie, spokojnie. – próbował się pocieszyć. Podniosłam się i oczekiwałam na kolejny ciąg zdarzeń – Popełniłaś tylko jeden błąd, a byłaś w sukience, to przegrałaś.  Dalej nie było sensu grać, za bardzo gejowska gra wyszłaby. – A jednak udało mu się mnie pocieszyć, bo śmiałam się.
A jak to wyszło, że jestem w  twojej koszuli i spałam w twoim łóżku ?-zapytałam gdy opanował się.
-No tu już jest gorzej.-powiedział
-O Jezu…-tego się bałam.  Skrzywiłam się i zamknęłam oczy czekając  na ciąg dalszy. Usłyszałam tylko śmiech. Szatański śmiech.  Bash śmiał się jak szalony. Wkręcał mnie.
-A miałem Ci pozwolić paradować przed moimi znajomymi w bieliźnie?  A spałaś ze mną, bo u siebie znalazłaś pająka.  Krzykiem obudziłaś chyba pół dzielnicy.
-Jak możesz? –zawołałam oskarżycielsko rzucając w niego marchewką. W sekundę się opanował.
-Marchewką ? We mnie ? Zaraz zobaczysz, co to jest wojna. –powiedział niewiarygodnie niskim głosem. W chwilkę minął blat. Ja szybko ruszyłam do ucieczki. Złapał mnie przy fotelu.  No i wykorzystał moją słabość. Łaskotki.
-Nie!-krzyczałam .Nawet przez chwilę żadne z nas nie przestawało się śmiać. Starałam się uciekać, ale to nie przynosiło dużych efektów. Był za silny. Chwycił mnie w tali i podniósł.
-Uważaj. Tu gdzieś była potłuczona butelka. Jesteś na boso.-powiedział stawiając mnie na sofie. Chwyciłam fioletową poduszkę do obrony przed nim. Tak łatwo nie odpuściłby. I miałam rację.  
-„Łaskotki są jak gwałt tylko musisz się śmiać.”-zacytowałam broniąc się poduszką na prawo i lewo. On chwycił drugą. Widać nasza wojna przerodziła się w bitwę na poduszki. Z mojej ulatywało już pierze.  Zamierzyłam się do największego zamachu tej wojny. Widać było, że Bash też. Gdy nasze poduszki się zderzyły pękły. W powietrze rozbiły się setki piór. Były w różnych kolorach.
-Skąd pióra?-zawołał Bash łapiąc kilka . Byli cali w piórach, a one wciąż opadały na podłogę. Roześmialiśmy się oboje.
Bash, wlepił wzrok w coś za mną. Przestał się uśmiechać. Odwróciłam się.
-Cholera.-wyszeptałam. To był Marko. Wyglądał na rozwścieczonego.
-Co tu się kurwa stało ?!-wrzasnął. A jednak był wściekły.
-To moja wina. Jej to nie dotyczy. – zaczął Bash podchodząc do niego. Słysząc to szybko podeszłam do nich. Wiedziałam, że jeżeli Marko uzna za winnego Basha, to  nie będzie chciał go widzieć.
-Nie musisz się za mnie podkładać. To ja zorganizowałam imprezę. –powiedziałam szybko, żeby nie mógł mi przerwać.  Marko o ile to możliwe był w jeszcze gorszym stanie.
-Do cholery Kalina.-zawołał Bash. Popatrzyłam na niego.
-Nie możesz brać odpowiedzialności za to co zrobiłam.
-Po nim bym się jeszcze tego spodziewał, ale po tobie ? –wykrzyknął z wyrzutem Marko- Czy ty jesteś nieodpowiedzialna? Masz coś do wypełnienia! Trzymaj się planu  do cholery.
-Ja nieodpowiedzialna? To ty trzymasz mnie w klatce. Pozwól mi żyć! –zawołałam, gdy miał zamiar odejść. Bash odsunął się na bok. Domyślał, się czemu podstawiłam się za niego.
-Ja cię chronię ! Żyjesz. Czy tu kurwa piłaś? – powiedział, gdy zobaczył kubek po piwie z napisem „Diana-Kalina”
-Chronisz? Przez życiem. Nie. Ja tylko nie umieram. Tak piłam. Dla twojej wiadomości ;Nic z tym nie zrobisz…-urwałam .  Do Marka chyba powoli docierało.
-Myślisz, że nie znam przepowiedni?-zapytałam drążącym głosem- Wszyscy wokół jesteście dla mnie mili. Wszystko mi wybaczacie. Dlaczego ? Bo zginę.-po policzku spłynęła mi łza-„Niż wróg obróci się w pył, ty na wieki będziesz gnił.’’–zacytowałam fragment- Nim skończę 18 lat umrę. Pięknie co ? Na co mam czekać na pełnoletność, która nigdy nie nadejdzie.
Marko  stał bez ruchu wpatrując się w podłogę. Zerknęłam na Basha, tak jak się spodziewałam wiedział, że wiem.
-Nikt nie sądził, że wiem. Poza Bashem. –wydukałam. Marko spojrzał pustym wzrokiem na przyjaciela.
-Przepraszam. Ja tylko chcę być szczęśliwa. Tak długo jak jest to mi dane. – Poklepałam Marko po ramieniu i minęłam do kierując  się do swojego pokoju. Zatrzymałam się przy Bashu.
-Gdzie jest ten pająk?-wyszeptałam. Uśmiechnął się.
-Już go nie ma jeszcze wczoraj go zabrałem. –odpowiedział.
-Dlaczego jesteś w męskiej koszuli ? –zapytał Marko za moimi plecami. Tak bardzo mi chciałam mu tego tłumaczyć. Na szczęście Bash  wyręczył mnie.
-Chodź ja Ci to wytłumaczę. –zabrał go do kuchni.  W moim pokoju panował nieskazitelny porządek. Miałam wrażenie, że było czyściej niż wcześniej.  Zebrałam potrzebne mi kosmetyki, ubrania, biżuterię.  Wszystko czego potrzebowałam, do ogarnięcia swojego wyglądu. Weszłam do łazienki . Mimowolnie zaczęłam krzyczeć. Upuściłam wszystko co trzymałam. Ręce mi się trzęsły. Widok lustra był przerażający.  Był na nim napis. „Zaufanie-Śmierć” . Był on napisany krwią. Cała umywalka, była w niej.  Do łazienki wpadł Bash z Markiem.
-Fuck.-skomentował Marko. Podszedł do lustra i zaczął to badać. Bash podszedł do mnie i odwrócił mnie od tego widoku. Zamknęłam oczy, żeby wymazać to z pamięci. Szybko pozbierał moje rzeczy i wyprowadził  mnie z łazienki.
-Spokojnie. –jego głos był tak bardzo kojący – Zabiorę Cię do mojej łazienki. Tam będzie lepiej. Obiecuję. – Miał rację. W jego łazience panował beż i czerwień. Była czysta i przestrzenna. Zostawił mnie samą.  Doszłam do siebie dopiero pod gorącym prysznicem.  Gdy już byłam gotowa i w końcu wyglądałam jak człowiek. Byłam gotowa wyjść. Spędziłam tam jakieś 2 godziny. W większości siedząc w przyjemnie gorącej wodzie przemyślając co się stało. Zastałam ich w kuchni. Szeptali coś. Gdy weszłam, przestali. Oboje wstali. Marko szturchnął Basha.
-Będziemy musieli jechać do Loży. Jak się czujesz? –zapytał . Szczerze się uśmiechnęłam.
-Dobrze. To i tak były moje najlepsze 48 godzin życia. – oznajmiłam.

Zabrałam torebkę,  ubrałam czerwone trampki, które pasowały do czarnych przylegających spodni i czerwonego luźnego t-shirtu.  Przed domem czekała czarna limuzyna, która zabrała nas do Loży.


Komentujcie, co o tym sądzicie ;)

Paranormal cz.3

Godzina imprezy zbliżała się nieubłagalnie. Postanowiłam w końcu się przygotować. Zakręciłam loki, umalowałam się i przebrałam. Już nie miałam ochoty na tą całą szopkę. Usiadłam w kuchni.  Podkradłam kilka ciastek z miski i podjadałam je.  Nie minęło kilka minut, a do kuchni wszedł Bash. Miał na sobie niebieską koszulę w kratę i szare spodnie.  Wyglądał w tym całkiem  całkiem.  Zatrzymał się i wlepił we mnie wzrok.
-Co jest ? Aż tak źle wyglądam ?-zapytałam zmartwiona.  Uśmiechnął się rozbawiony moimi pytaniami.
-Wręcz przeciwnie. Wyglądasz bardzo ładnie.-odpowiedział po chwili.
-No to czas na zabawę. –powiedziałam, gdy w mieszkaniu rozbrzmiał dźwięk domofonu. Bash odebrał i wpuścił przybyłych.  Goście schodzili się bardzo szybko. Wchodzili dużymi grupami. Ja z nad kuchennego blatu przeniosłam się na wygodny fotel. Siedziałam z kieliszkiem wina i  obserwowałam jak Bash otwierał drzwi i witał się z gośćmi. Nie spodziewałam się, że był aż tak towarzyski.  Postanowiłam mu pomóc, bo przy drzwiach zrobiło się zbyt tłoczno. Nim  przebiłam się przez tłum ludzi, Bash witał już 4 wysokich panów.  Zamilkli gdy podeszłam  do nich. Uśmiechali się jak psychicznie chorzy.
-To jest Kentin, Nathaniel, Jade i Alexy. Moi przyjaciele.-oznajmił Bash. Każdy z nich na swoje imię podał mi rękę i serdecznie się uśmiechnął. Starałam się zapamiętać każdą z twarzy, ale po alkoholu, który wypiłam i wypiję, może być z tym problem.
-A to jest Diana. Już wam o niej wspominałem. – dodał wskazują na mnie.  Wysoki blondyn, Nathaniel, odchrząknął. Kilku zaśmiało się.
-Wspominałeś ! Czasami nawija o tobie, że aż…-wypalił Kentin. Czarne włosy opadły mi na czoło, gdy oberwał z łokcia od Jade.
-Zamknij się debilu.-wysyczał mu Jade. Reszta wybuchła śmiechem. Roześmiałam się mimowolnie. Przy nich nie sposób być poważną.
Zerknęłam na Basha. Ten był niezwykle radosny. Jednak widziałam na jego twarzy zażenowanie i nutkę wściekłości.
-Dobra. Życzę udanej imprezy .- zwróciłam się do przyjaciół Basha. Oni szybko się rozeszli.
-Masz bardzo fajnych kolegów.-Naprawdę byli fajni. Nie tylko z wyglądu. 

-Wiem. Ciężko teraz znaleźć tak dobrych poddanych.  Zabaw się. –odpowiedział po chwili i odszedł. Jego ostatnie zdanie bardziej zabrzmiało jak rozkaz.  Miałam zamiar je wypełnić. Tylko nie na trzeźwo. Zrobiłam sobie kilka drinków.  Całkowicie nie miałam pojęcia co z czym mieszam, ale było mi to obojętne. I tak smakowało obrzydliwie. Nie cierpiałam teko smaku. Mimo tylko on pozwalał mi zapomnieć o moim porażająco interesującym życiu.  W końcu byłam na tyle pewna żeby wejść do tłumu tańczących. Świat stał się piękniejszy. Muzyka głośniejsza.  Moje wszystkie zmartwienia odeszły. Jednak polubię ten magiczny nektar. Nawet nie wiem z iloma osobami tańczyłam.  Podeszłam do barmana, który nie wiadomo skąd się pojawił. Zamówiłam jeszcze kilka drinków.  Spojrzał na mnie krzywo, pewnie dlatego, że nie do końca byłam pełnoletnia. Ahh..te 17 lat. Po chwili zastanowienia, dał mi to co zamówiłam.