Jechaliśmy dosyć długo. Przez czarne szyby nic nie widziała.
Mówili, że to dla mojego bezpieczeństwa nie mg wiedzieć, gdzie znajduje się
Loża. Gdy wysiadłam ujrzałam gigantyczny budynek z czerwonej cegły. Miał małe okna zakończone łukami. Wielkie drzwi wejściowe. A nawet wieżę. Przypominał zamek, mimo, że był bardzo
unowocześniony. Przy drzwiach był
umieszczony domofon. A przynajmniej tak
powinnam myśleć. Nie było hasła na wejście, to czytnik linii papilarnych.
Wszystko co wiedziałam było ukrywane
przede mną.
Korytarze były wielkie.
Co kawałek na ścianach wisiały portrety.
W głębi wiedziałam, że znam te
osoby. Doskonale znałam tę drogę. Wiele
razy jako dziecko chodziłam nimi. Wtedy to była tylko zabawa. Nie
przypuszczałam co może się zdarzyć.
Idąc oglądałam portrety. Zatrzymałam się widząc nowy. Zamurowało mnie. Byłam na nim ja. Ja w sukni z
XV wieku. Zaśmiałam się. Mieli bardzo dobrego malarza. Tylko czemu powieszono
ten obraz tutaj ? Szybko dogoniłam
chłopaków. W końcu weszliśmy do Sali Tronowej.
Weszłam na podium i usiadłam na tronie króla.
Odetchnęłam po męczącym marszu korytarzami. Tron był od lat nieużywany. Gierg nie lubił na nim siedzieć. Uważa, że to tylko jego praca, a nie styl życia. Chłopacy nadal stali. Oni nie mogli usiąść ,
dopóki nie pojawi się Gierg. Chyba
trochę się go bali. Zerknęłam na zegarek na ręce. Zazwyczaj czekaliśmy 2-3 minuty. Teraz już około 10.
Zaczęłam się niepokoić.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Spodziewałam się Gierg. To nie był on. To
Traven. Natychmiast wstałam. Bash i Francis rzucili się w moją stronę, by mnie
osłonić. Traven wszedł spokojnym krokiem
z uśmiechem na ustach . Był
wyraźnie zadowolony. W końcu dostał mnie. Był to wysoki szatyn. Jego oczy były
czerwone. Gdyby nie oczy wyglądał na
całkiem normalnego człowieka. Spodziewałam się zmutowanego potwora.
-Witaj Diano. Jestem wielce uradowany twoim przybyciem.
Nareszcie mogę Cię poznać . Tylko szkoda, że twoi koledzy, tak bardzo
zasłaniają mi widok twojej pięknej
twarzy. – jego głos był taki niski i hipnotyzujący. Skinął ręką, a Bash i Marko nagle jakąś magiczną
siłą zostali odsunięci ode mnie.
Przywarli do ściany, ich wargi ruszały się lecz nie wydobywali z siebie
żadnego dźwięku.
Zrobiłam kilka kroków w tył. Zostałam sama, a on zbliżał się
do mnie.
- Nie chcę żeby nam przeszkadzali. – uśmiechnął się szyderczo. Rozejrzałam się szukając czyjejś
pomocy. Nie znalazłam nikogo
takiego.
- Czego ode mnie chcesz ? Gdzie jest Traven ?- zapytałam
- Niczego szczególnego. Tylko twojej duszy. On nie chciał
się zgodzić na ten plan więc musiał odejść.
– odpowiedział . Wskazał ręką na coś za mną. Odwróciłam się i
ujrzałam go. A raczej jego część. Na ziemi leżało jego ciało, a obok niego jego
głowa. Jak mogłam tego nie zauważyć.
Zakrzyknęłam z bólu. Zatamowałam krzyk rękoma. To niemożliwe. Traven. Po policzkach popłynęły mi strumienie łez. To moja wina jak mogłam to tego dopuścić. Odwróciłam się. Ręce trzęsły mi się. Straciłam kolejną osobę. Skupiłam się na tym, aby uniemożliwić mu
trzymanie Basha i Marko. Węzły natychmiast puściły. Stałam się silniejsza. Silniejsza przez ból.
Chłopacy rzucili się na Travena z mieczami. Ten niewzruszony
podniósł rękę i skierował na Francisa.
Miał zamiar go zabić.
- Ze mną się nie zadziera. – powiedział srogo,
uniemożliwiając mi i Bashowi poruszenie
się.
Podniósł rękę sprawiając, że Marko uniósł się bezwładnie w
powietrze. Zaczęłam krzyczeć. Błagać. Na marne. Już nie byłam w stanie opanować
łez. Traven uśmiechnął się i przekręcił
rękę ku dołowi. Francis spadł na ziemię.
Zabił go. Skierowałam całą swą moc w kierunku Teavena. Przewrócił się,
dzięki temu mogłam się ruszyć. Podbiegłam do niego i wyrzuciłam na niego swój
cały ból i gniew. Pod naporem takiej
energii eksplodował. Zniknął. Bash uwolnił się . Podbiegłam do nieruchomego
Marko. Położyłam na nim dłonie.
Płakałam mamrotając coś po
łacinie. Zaklęcia przywracające życie.
Coś musi zadziałać. Straciłam moc. Opadłam na niego bezsilnie. Wtuliłam się z
zimne ciało. Bash ukląkł przy nim z drugiej strony. Nie mogłam stracić Marka.
Nie teraz gdy już po wszystkim.
-Nie możesz nic zrobić. –powiedział Bash. Podniosłam się na
te słowa. Jest jeszcze coś co mogę zrobić.
-Kurwa nie możesz tego zrobić ! Diana ! –zakrzyknął odczytując moje plany. Jako, iż miałam moc,
mogę mieć jedno zaklęcie po stracie magii. Mogę przekazać moje życie komuś
innemu. Odsunęłam Basha. Krzyczał
protestując. Wszystko co się stało to
moja wina. Muszę za to zapłacić.
-Przepraszam. –powiedziałam spoglądając na niego. Ułożyłam
ręce na klatce piersiowej Marka wyrecytowałam słowa przepowiedni . Teraz
rozumiałam ją doskonale. Wszystko się wyjaśniło. Ból który odczuwałam był niczym w porównaniu
do tego co czułam w sercu. Tak będzie lepiej. Czułam przyjemne ciepło, które
przepływało przez moje ręce wprost do
serca Francisa. Powoli otworzył oczy. Udało się. Uśmiechnęłam się widząc go
takiego . Ja opadłam z sił obok.
-Do zobaczenia- wyszeptałam
resztkami sił. Zdążyłam zobaczyć
jak Marko i Bash stoją nade mną. Marko wydarł się na Basha dlaczego
pozwolił mi to zrobić. Zamknęłam powieki. Mogłam być spokojna. Teraz wszystko
będzie dobrze. Nie było już żadnego bólu, żadnych zmartwień.
JEEEEEEEEBŁAAAAAAAAAAAAAAM :D
OdpowiedzUsuńNo weź, jak mogłaś zakończyć to bez sceny pożegnalnej? :C
Teraz mam na ciebie focha, bo Diana nie pożegnała się z Bashem.
No i popierdoliłąś imiona skarbie :**
Ale i tak kocham to opowiadanie :3
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń