sobota, 28 grudnia 2013

Paranormal cz.2

Gdy wróciłam do domu z zakupów  Marka już nie było. Opadłam zmęczona i obciążona kilkunastoma reklamówkami na sofę w salonie.  Znowu mnie poniosło.  Miałam kupić tylko sukienkę. Owszem kupiłam piękną koronkową kobaltową rozkloszowaną, ale musiałam do niej dokupić buty, torebkę, kamizelkę i biżuterię.  Jak Marko zobaczy rejestr karty kredytowej to będzie wściekły. Przynajmniej zginę w przepięknej stylizacji.  Po drodze kupiłam jeszcze balony, kubki, talerzyki  i kilka rzeczy przydatnych na imprezę. Wszystko ułożyłam na stole w kuchni , a ubrania zaniosłam do garderoby. Znalazłam różnego rodzaju światła dyskotekowe. Musiały zostać po poprzednich właścicielach.  Porozwieszałam ozdoby. Pochowałam do szafek drogocenne, delikatne lub ważne przedmioty, po czym zamknęłam je na klucz.  Poprzestawiałam meble, aby było więcej miejsca na parkiet.  Niepotrzebne i zawadzające meble przeniosłam i ustawiałam w mojej garderobie. Mogłam tam schować wszystko. Była wręcz ogromna, ale tez nikt nie miał tam wstępu prócz mnie.  Marko i Bash byli tam ostatni raz podczas remontu przy przeprowadzce. To było miejsce, w którym mogłam być sobą. Moja bezpieczna kryjówka. Rozejrzałam się z dumą po mieszkaniu wyglądało wręcz idealnie. Usłyszałam trzask kluczy w drzwiach. Bash wszedł obładowany reklamówkami. Zakupił napoje nie tylko te bez procentowe. Tych procentowych było chyba więcej. Miał też  paczki z przekąskami.  Rozłożył wszystko na stole kuchennym który jeszcze chwilkę temu był w nie ogarniętych dekoracjach.
-Tak mało ?-zapytałam w wyrzutem.
-To dopiero początek. Resztę mam w samochodzie. Zaraz…-urwał rozglądając się po mieszkaniu-No to robi wrażenie! –zawołał. Ucieszyłam się. Jeżeli jemu się podoba to będzie świetnie.  Wzięłam się za grupowanie zakupów, a Bash przynosił kolejne porcje. Uzbierało się tego całkiem spoko. Bash odetchnął głęboko gdy przyniósł ostatnią  część.
-O mój Boże !-zawołałam, gdy zobaczyłam zegar. Zostały  tylko 2 godziny, a ja nadal nie byłam gotowa.-Musze się ogarnąć . - wyjaśniłam szybko.
Nim zdążyłam wbiec  do pokoju, w salonie rozbrzmiał dźwięk dzwonka telefonicznego. Zatrzymałam się.  Podniosłam słuchawkę. W słuchawce panowała cisza.
-Halo?-odezwałam się. Słyszałam szmery i kogoś ciężko oddychającego.  Po chwili usłyszałam niski męski głos. 
-Nie pozwól  jej wylecieć.  Jeżeli to zrobi zginie…-ten głos mnie przerażał, a zarazem wiedziałam, że był dla mnie bezpieczny.
-Co ?! Kim jesteś ?! Dlaczego jesteś tego tak pewien ?! –przerwałam mu, krzycząc do słuchawki.  Bash podszedł   i  przyłożył ucho  blisko słuchawki, aby mógł usłyszeć.
-To kim jestem jest nieistotne. Nie jestem twoim wrogiem.  Masz ich już zbyt wielu.  On wie o niej. Jeżeli naprawdę Ci na niej zależy nie pozwól jej, aby przyleciała. Zaufaj mi.
-Jak mogę Ci zaufać? –zapytałam drżącym głosem, lecz w słuchawce usłyszałam już tylko pusty sygnał. Rozłączył się. Wiedział o Travenie,  wiedział o Anne. Podniosłam wzrok i spojrzałam na Basha.
-Myślisz, że on mówił prawdę ?-zapytałam. Mój głos wciąż był rozdygotany. Odchrząknęłam.   Wzruszył ramionami.
-Nie mam pojęcia. To może być pułapka jak i pomocna dłoń.  Tu jest zbyt niebezpiecznie. Dla jej bezpieczeństwa, nie powinna tu przyjeżdżać, nie powinna wracać do domu. Niech wyleci gdzieś . Może Paryż? Chciałyście tam jechać. Powinna być jak najdalej. –zaproponował.
-A co z imprezą ?  Z twoim bratem ? –zapytałam. W końcu ruszył z miejsca. Podszedł do blatu kuchennego i opadł się o niego.
-W przepowiedniach nie jest wspomniane o dzisiejszym zagrożeniu dla nas. Nie ma sensu jej odwoływać.  Zresztą i tak już za późno. Jamie ? Ten debil złamał nogę na nartach. Poleży w szpitalu jeszcze miesiąc. –oznajmił nie okazując żadnych uczyć.  Znowu stał się nieczuły.  A ten „debil” jest tylko o rok starszy ode mnie.
Dla dobra Anne  postanowiłam zrobić  tak jak doradził Bash. Zadzwoniłam do niej. Przeprosiłam i opowiedziałam jej całą sytuację. Była wściekłą, że przez to wszystko nie może przylecieć. Wiedziała na co się pisze.  Mogłam zapewnić jej dłuższy pobyt w Paryżu. Wszystko na koszt Loży. Obiecałam, że dołączę do niej za jakiś czas.

Najważniejszy w Loży był Gierg von Lutervić. Był swego rodzaju władcą. Jego rodzina od pokoleń rządziła Lożą. Gierg był w lecie życia. Był o kilka lat starszy od mojego zmarłego ojca. Znałam go od małego. Wtedy był dla mnie wujkiem. Byłam jego ulubienicą, dlatego pozwalał mi na wiele. Taki pobyt we Francji, był drobnostką. Jako cała organizacja, mieliśmy bardzo duży budżet. Pochodził od z funduszy rodzinny. Loża powstała w XVI wieku. Powstała, aby chronić mieszkańców, przed nadprzyrodzonymi stworzeniami. Uczestnicy, bardzo dokładnie rozmywali po sobie ślad. Dla śmiertelników nie istniała. Nikt nie powinien o niej wiedzieć. Anne wiedziała. O to stoczyłam największą  bitwę z Giergiem.  Bałam się, że pomimo  bycia jego ulubienicą nie wybaczy mi tego. Po miesiącu ciszy wszystko wróciło do normy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz