Gdy wróciłam do domu z zakupów Marka już nie było. Opadłam zmęczona i
obciążona kilkunastoma reklamówkami na sofę w salonie. Znowu mnie poniosło. Miałam kupić tylko sukienkę. Owszem kupiłam
piękną koronkową kobaltową rozkloszowaną, ale musiałam do niej dokupić buty,
torebkę, kamizelkę i biżuterię. Jak
Marko zobaczy rejestr karty kredytowej to będzie wściekły. Przynajmniej zginę w
przepięknej stylizacji. Po drodze
kupiłam jeszcze balony, kubki, talerzyki
i kilka rzeczy przydatnych na imprezę. Wszystko ułożyłam na stole w
kuchni , a ubrania zaniosłam do garderoby. Znalazłam różnego rodzaju światła
dyskotekowe. Musiały zostać po poprzednich właścicielach. Porozwieszałam ozdoby. Pochowałam do szafek
drogocenne, delikatne lub ważne przedmioty, po czym zamknęłam je na klucz. Poprzestawiałam meble, aby było więcej
miejsca na parkiet. Niepotrzebne i
zawadzające meble przeniosłam i ustawiałam w mojej garderobie. Mogłam tam
schować wszystko. Była wręcz ogromna, ale tez nikt nie miał tam wstępu prócz
mnie. Marko i Bash byli tam ostatni raz
podczas remontu przy przeprowadzce. To było miejsce, w którym mogłam być sobą.
Moja bezpieczna kryjówka. Rozejrzałam się z dumą po mieszkaniu wyglądało wręcz
idealnie. Usłyszałam trzask kluczy w drzwiach. Bash wszedł obładowany
reklamówkami. Zakupił napoje nie tylko te bez procentowe. Tych procentowych
było chyba więcej. Miał też paczki z
przekąskami. Rozłożył wszystko na stole
kuchennym który jeszcze chwilkę temu był w nie ogarniętych dekoracjach.
-Tak mało ?-zapytałam w wyrzutem.
-To dopiero początek. Resztę mam w samochodzie. Zaraz…-urwał
rozglądając się po mieszkaniu-No to robi wrażenie! –zawołał. Ucieszyłam się.
Jeżeli jemu się podoba to będzie świetnie.
Wzięłam się za grupowanie zakupów, a Bash przynosił kolejne porcje.
Uzbierało się tego całkiem spoko. Bash odetchnął głęboko gdy przyniósł ostatnią część.
-O mój Boże !-zawołałam, gdy zobaczyłam zegar. Zostały tylko 2 godziny, a ja nadal nie byłam
gotowa.-Musze się ogarnąć . - wyjaśniłam szybko.
Nim zdążyłam wbiec do
pokoju, w salonie rozbrzmiał dźwięk dzwonka telefonicznego. Zatrzymałam
się. Podniosłam słuchawkę. W słuchawce
panowała cisza.
-Halo?-odezwałam się. Słyszałam szmery i kogoś ciężko
oddychającego. Po chwili usłyszałam
niski męski głos.
-Nie pozwól jej wylecieć. Jeżeli to zrobi zginie…-ten głos mnie
przerażał, a zarazem wiedziałam, że był dla mnie bezpieczny.
-Co ?! Kim jesteś ?! Dlaczego jesteś tego tak pewien ?!
–przerwałam mu, krzycząc do słuchawki.
Bash podszedł i przyłożył ucho blisko słuchawki, aby mógł usłyszeć.
-To kim jestem jest nieistotne. Nie jestem twoim
wrogiem. Masz ich już zbyt wielu. On wie o niej. Jeżeli naprawdę Ci na niej
zależy nie pozwól jej, aby przyleciała. Zaufaj mi.
-Jak mogę Ci zaufać? –zapytałam drżącym głosem, lecz w
słuchawce usłyszałam już tylko pusty sygnał. Rozłączył się. Wiedział o
Travenie, wiedział o Anne. Podniosłam
wzrok i spojrzałam na Basha.
-Myślisz, że on mówił prawdę ?-zapytałam. Mój głos wciąż był
rozdygotany. Odchrząknęłam. Wzruszył
ramionami.
-Nie mam pojęcia. To może być pułapka jak i pomocna
dłoń. Tu jest zbyt niebezpiecznie. Dla
jej bezpieczeństwa, nie powinna tu przyjeżdżać, nie powinna wracać do domu.
Niech wyleci gdzieś . Może Paryż? Chciałyście tam jechać. Powinna być jak
najdalej. –zaproponował.
-A co z imprezą ? Z
twoim bratem ? –zapytałam. W końcu ruszył z miejsca. Podszedł do blatu
kuchennego i opadł się o niego.
-W przepowiedniach nie jest wspomniane o dzisiejszym
zagrożeniu dla nas. Nie ma sensu jej odwoływać.
Zresztą i tak już za późno. Jamie ? Ten debil złamał nogę na nartach.
Poleży w szpitalu jeszcze miesiąc. –oznajmił nie okazując żadnych uczyć. Znowu stał się nieczuły. A ten „debil” jest tylko o rok starszy ode
mnie.
Dla dobra Anne postanowiłam
zrobić tak jak doradził Bash. Zadzwoniłam
do niej. Przeprosiłam i opowiedziałam jej całą sytuację. Była wściekłą, że
przez to wszystko nie może przylecieć. Wiedziała na co się pisze. Mogłam zapewnić jej dłuższy pobyt w Paryżu.
Wszystko na koszt Loży. Obiecałam, że dołączę do niej za jakiś czas.
Najważniejszy w Loży był Gierg von Lutervić. Był swego
rodzaju władcą. Jego rodzina od pokoleń rządziła Lożą. Gierg był w lecie życia.
Był o kilka lat starszy od mojego zmarłego ojca. Znałam go od małego. Wtedy był
dla mnie wujkiem. Byłam jego ulubienicą, dlatego pozwalał mi na wiele. Taki
pobyt we Francji, był drobnostką. Jako cała organizacja, mieliśmy bardzo duży budżet.
Pochodził od z funduszy rodzinny. Loża powstała w XVI wieku. Powstała, aby
chronić mieszkańców, przed nadprzyrodzonymi stworzeniami. Uczestnicy, bardzo
dokładnie rozmywali po sobie ślad. Dla śmiertelników nie istniała. Nikt nie
powinien o niej wiedzieć. Anne wiedziała. O to stoczyłam największą bitwę z Giergiem. Bałam się, że pomimo bycia jego ulubienicą nie wybaczy mi tego. Po
miesiącu ciszy wszystko wróciło do normy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz